Femme Fatale - ostatni taniec

Pamiętali ich jak legendę.

Jak miejską wersję Bonnie i Clyde — szybcy, bezczelni, nierozdzielni. Wpadali do banków jak burza, znikali zanim kurz opadł. On planował, ona improwizowała. On strzelał precyzyjnie, ona nigdy nie pudłowała. Byli duetem, który nie miał słabego punktu.

Poza jednym.

Miłością.

Tamtej nocy też mieli plan. Wszystko było dopięte. A potem syreny zawyły zbyt szybko. Zbyt celnie. Ktoś musiał zdradzić. Kiedy kajdanki zatrzasnęły się na jej nadgarstkach, zobaczyła go po drugiej stronie ulicy. Nie uciekał w panice. Stał nieruchomo. Patrzył.

A potem zniknął.

Nie było go w aktach. Nie było w bazach danych. Jakby rozpłynął się w powietrzu.

Ona nie zniknęła.

Zniknęła tylko tamta wersja jej samej.

Lata później była kimś, kogo przestępcy bali się bardziej niż wyroków. Współpracowała z policją, nie z przekonania — z celu. Jej umysł był bronią. Instynkt — pułapką. Znała każdy trik, każdy schemat, każdy zapach strachu.

Swoją słabość przekuła w siłę.

I wtedy pojawił się trop.

Szept w półświatku. Plotka w barze przy dokach. Ktoś widział mężczyznę, który przypominał ducha z dawnych lat. Ten sam chłodny uśmiech. Ten sam sposób, w jaki wchodził do pomieszczenia, jakby już do niego należało.

Serce zabiło jej mocniej.

Wiedziała, że jeśli wrócił… to dla niej.

Noc była ciężka i wilgotna. Zaułek między opuszczonymi magazynami pachniał rdzą i deszczem. To miejsce znali na pamięć. Tu kiedyś dzielili łupy. Tu bez pamięci kochali się , opierając o zimne cegły, śmiejąc się z prawa, z pościgów, z całego świata.

Szła powoli. Każdy krok był świadomy.

— Wiedziałem, że przyjdziesz.

Jego głos wyłonił się z cienia jak wspomnienie.

— Nie powinieneś tu być — powiedziała chłodno.

— A jednak jestem.

Podeszła bliżej. Zatrzymała się o krok za blisko, jak na dwoje ludzi po zdradzie.

Milczała. Przez sekundę, dwie. W jej oczach płonęła złość, ale pod nią było coś bardziej niebezpiecznego — tęsknota.

— Zniknąłeś.

— Musiałem. 

Podeszła jeszcze bliżej. Teraz czuła jego oddech. Zapach skóry, który znała lepiej niż własny.

— A teraz? — zapytała ciszej.

— Teraz chciałem cię zobaczyć. Choć raz.

Dłoń uniosła się, jakby niepewnie. Zawahał się. To ona pierwsza przekroczyła granicę.

Jej palce dotknęły jego koszuli, zacisnęły się na materiale. Pociągnęła go do siebie. Ich ciała zderzyły się mocno, gwałtownie — jakby nadrabiały lata rozłąki. Pocałunek był najpierw pełen gniewu, prawie bolesny. Potem złagodniał. Stał się głębszy.

Wsunął dłoń w jej włosy, jak kiedyś. Ona przesunęła palcami po jego karku, po linii szczęki, jakby sprawdzała, czy naprawdę istnieje.

— Nienawidzę cię — wyszeptała między oddechami.

— Wiem.

— Wyobrażałam sobie, że cię zabiję.

— Wiem.

Oparł ją delikatnie o mur. Nie siłą — pytaniem. Odpowiedziała mu cichym westchnieniem, które zdradziło więcej niż słowa. Jej dłonie wędrowały po jego plecach, po ramionach. Czuła, jak drży. On też czuł jej przyspieszone tętno.

Między nimi było wszystko — złość, żal, pożądanie, lata niewypowiedzianych słów. Ich czoła oparły się o siebie.

 

Jej dłonie zsunęły się niżej. Palce zahaczyły o klamrę paska. Rozpięła ją jednym ruchem, bez wahania, jakby robiła to raptem wczoraj. On w tym samym momencie wsunął ręce pod jej skórzany płaszcz, następnie pod koszulkę – zimne palce na na rozgrzanej skórze przesuwały się po brzuchu  aż do piersi. Złapał ją mocno, kciukami przejechał po sutkach przez cienki materiał stanika.  Jej oddech przyspieszył.

– Powiedz, że tego nie chcesz – wyszeptał, choć oboje wiedzieli, że to kłamstwo.

Zamiast odpowiedzi rozpięła mu rozporek. Materiał zsunął się z cichym szelestem. Objęła go dłonią – był już twardy, gorący, pulsujący, jakby ta zdrada i trzy lata rozłąki nie miały żadnego znaczenia . Poruszyła powoli, bardzo powoli, patrząc mu w oczy. Chciała, żeby widział, jak bardzo go nienawidzi… i jednocześnie jak bardzo go pragnie.

On odpowiedział ruchem bioder, pchnął się w jej dłoń. Potem złapał ją pod uda i uniósł – lekko, bez wysiłku. Jej plecy oparły się o zimną cegłę. Instynktownie oplotła go nogami

Nie było miejsca na delikatność.

Wsunął się w nią jednym długim, zdecydowanym ruchem. Oboje zamarli na sekundę – on głęboko w niej, ona zaciśnięta wokół niego tak mocno, że zaczęła jęczeć głośniej niż by chciała.

Najpierw powoli, jakby chcieli zapamiętać każdy centymetr. Potem coraz szybciej, coraz mocniej. Cegła drapała jej plecy przez kurtkę, deszcz spływał im po skroniach. Ona wbijała paznokcie w jego ramiona, on zaciskał zęby na jej obojczyku – nie gryzł mocno, ale wystarczająco, żeby zostawić ślad.

– Mocniej – wyszeptała.

Zrobił to.

Pchnięcia stały się brutalne, niemal karzące. Każdy z nich był jednocześnie zemstą i błaganiem o przebaczenie. Ona zaciskała się na nim rytmicznie, jakby chciała go zatrzymać w sobie na zawsze. On oddychał jej imieniem jak przekleństwem.

– Powiedz to jeszcze raz – zażądał ochryple.

– Nienawidzę cię… – wysapała, ale w tym samym momencie zacisnęła nogi mocniej, przyciągając go głębiej.

Jego dłoń wślizgnęła się między ich ciała. Palce znalazły ją dokładnie tam, gdzie potrzebowała. Krążył, naciskał, drażnił – znał ją na pamięć. Znał każdy punkt, każdy oddech, każdy sposób, w jaki jej ciało się poddaje.

Zaczęła drżeć .

– Nie… nie przestawaj… – wyrwało się jej prawie jak szloch.

Nie przestał.

Pchnął jeszcze kilka razy – głęboko, bezlitośnie – i poczuł, jak się przy nim rozpływa. Doszła gwałtownie, cicho, z zaciśniętymi powiekami i otwartymi ustami, z których nie wydobył się żaden dźwięk. Tylko drżenie, tylko skurcze, tylko to, jak zacisnęła się na nim tak mocno, że on sam nie wytrzymał.

Wszedł w nią ostatni raz, najgłębiej jak potrafił. Poczuła, jak pulsuje w niej, jak się wylewa – gorąco, obficie, długo. Jakby oddawał jej wszystko, co ukradł tamtej nocy, kiedy zniknął.

Przez chwilę wisieli tak na sobie – on wciąż w niej, ona wciąż opleciona wokół niego. Deszcz spływał po ich splecionych ciałach. Oddechy mieszały się z mokrym powietrzem zaułka.

W końcu opuścił ją powoli. Postawił na ziemi. Nogi jej drżały, ale nie upadła.

Poprawiła kurtkę. On zapiął spodnie drżącymi palcami.

Spojrzeli na siebie.

W jej oczach nie było już tylko nienawiści. Było coś gorszego – pustka po tym, co właśnie się skończyło.

– Nigdy nie zapomnisz, prawda? – zapytał cicho.

Milczała przez chwilę.

Potem skinęła głową.

– Tak.

 

Jej twarz znów stała się chłodna.

— Musisz stąd zniknąć — powiedziała stanowczo.

Zmarszczył brwi.

— Co?

— Masz pięć minut. Idź. Nie wracaj. Nigdy więcej.

— A ty?

— Ja już wybrałam stronę.

Patrzył na nią, jakby chciał coś powiedzieć. Jakby chciał ją pocałować jeszcze raz. Zamiast tego cofnął się o krok.

— Jeśli to twoja decyzja…

— Biegnij — przerwała ostro.

Zawahał się sekundę. Potem odwrócił i zniknął w ciemności między magazynami.

Stała bez ruchu. Serce waliło jej w piersi jak młot.

Minęły trzy minuty.

Cztery.

Wyjęła telefon.

Wybrała numer.

— Mam go — powiedziała spokojnie, kiedy odebrano. — Opuszczone magazyny przy starej stoczni. Biegnie w stronę północnego wyjścia. Dokładna lokalizacja: 52.412… — podała współrzędne bez zawahania.

Tak jak kiedyś on.

Rozłączyła się.

W oddali rozległ się pierwszy odgłos syren.

Zamknęła oczy.

 

error: Content is protected !!